27.08.2010 :: 13:16 | Link
jestem głodny, jestem zły.
***
chciałbym coś napisać ale mogę myśleć tylko o pizzy która do mnie jedzie (za wolno!) myślę też o ciasteczkach (pieguskach i innych tez) i Robie Mazurku.
I'm starving man! *



*siedzieli w samochodzie Rob i Solar, siedzieli zjebani bo przez kilka godzin próbowaliśmy rozłożyć sprzęt w ciemnym mokrym lesie. [zmieniam formy z oni na my bo: oni w samochodzie ale w lesie wszyscy razem.]
Komentuj (0)

26.08.2010 :: 13:31 | Link
gdy nie dzieje się nic, odpalają się w głowie wspomnienia. tak się składa, niestety, że w mojej, zazwyczaj są to chwile kurewskiej żenady.
kilka tygodnie temu wędrowałem sobie z kolegą po warszawie. z hotelu, do przejścia podziemnego w stronę dworca centralnego i potem już długa do pałacu kultury na piwo. pamiętam ze zmarzłem. rozmowa płynęła spokojnie i milo, chyba jakaś niewielka ilość trawy zamieniła się w pachnący obłoczek (albo rozmawialiśmy o tym, jak było by miło) słonce złociło się nad tarasami, a my w tym piwie i chmurkach spokojnym krokiem...
zobaczyłem ja pod Marriottem, poznałem z daleka, po włosach. krótko ścięta blondynka (ale jak by z irokezem lub zaczeska) generalnie wyglądała bardzo dobrze.
znajoma/ koleżanka kolegi/ psiapsiółka byłego, mojego przyjaciela. po krótkiej euforii, cześć cześć co tam słychać - chyba właśnie to co słychać wywołało u mnie/we mnie napad Paniki. bo on już nie tylko w relacji do mnie czytana, ale we wszystkich możliwych relacjach - a najbardziej w nieszczęśliwej.
***
dla niepoznaki nazwę ich B i K. byli parą, szczęśliwa bo na odległość. poznali się na sylwestrze, troche tak psim swędem, bohaterowie ostatniej akcji kiedy już wszyscy są ohydni i przypominasz sobie ze przecież ten koleś to taki orzech zakopany na zimę, na czarna godzinę. nie wiele pamiętam z tych początków bo spędziłem ta imprezę wymiotując w kiblu po zażyciu czegoś z dopalaczy. w pamięci mam tylko żółć w krtani i kłamstwo powtarzane jak mantra - zatrułem się żarciem ze szwedzkiego stołu; jakiem w majonezie.
każdy kolejny dzień nabierał splendoru, on okazał się...całe to pierdolenie o powolnym odkrywaniu jak ta druga osoba jest fajna. odkrywali przez kolejne tygodnie. nie było zbyt wielu twistów w tej historii, działo się za to w epizodach. mój dzieje się na balkonie, rozmawiam przez telefon, swobodnie, troche się droczę troche podpuszczam. mitologizuje.
nieświadom tego żem podsłuchiwany. duma mnie nie rozpiera, ustawiałem jednego z zakochanych na seks z kimś innym, pewnie nie zakochanym wcale. ustawiam - to może za duże słowo, ustawili się noc wcześniej w knajpie. ja jestem ich kontaktem, bezpiecznym telefonem komórkowy.
nic z tego nie wyszło, ale zakochany B nie mógł złego słowa na K powiedzieć, wiec ja stałem się tym podłym śmierdzącym chujem który jak najgorszy stręczyciel do burdelu chce sprzedać miłość jego życia. i czuję się winny i nie. myślę że ten współudział jest kluczowy dla późniejszych wydarzeń.
rok później wszystko się posypało. po drodze zaliczyłem wspólne mieszkanie BiK'iem (naprawdę chujowa opcja - dla wszystkich!) nocne rozmowy i przypadkowych kochanków K.
***
wiec pod tym Marriottem stoję ja awatar K i Ona awatar B. i mi jest wstyd. zaczynam coś pierdolić, tłumaczyć, troche K ale bardziej mnie. a Ona świetlista, czysta, uskrzydlona cierpieniem. i tak kilka minut, aż wszystkie dekoracje się nie posypały i staliśmy tak we dwójkę na ulicy. ona wraca z siłowni, ja idę coś pić. zmieszanie w jej oczach bo żadnym awatarem nie była. ani ja. wstyd był mój. podwójny. i nie wiem co z nim zrobić. bo on i mój i nie mój. i z dupy całkiem. bo łatwiej by było powiedzieć że niech się wszyscy pierdolą bo ich życie, ale ja w tych ich życiach jakoś powikłany jestem. coś jeszcze próbujemy rozmawiać ale nam nie idzie.
do zobaczenia.
***
K napisał do B. B odpisał że z kłamcami i oszustami nie chce mieć nic wspólnego.
no kurwa bez przesady, skwitował K.
a mi ulżyło.
Komentuj (1)

02.05.2010 :: 23:35 | Link


marnuje kolejny dzień. śpię do późna, właściwie nie wstaje. włóczę się miedzy łóżkiem toaletą i kuchnią. wpierdalam migdały. obiecałem sobie że będę czytał, Tarot Thota, nowe z okultury. niby czytam, ale po kilku stronach zapadam w sen. 13/16/19 potem odpalam telewizor, coś kurewsko głupiego na DOMO, skacze, ląduje w Las Vegas. na chwile. dokument o pedofilach na tvn24. uwielbiam tego kolesia. banda starych nerdów śpiewa temat z rodziny Adamsów. kurwa creepy.
jeszcze jeden serial. odcinek o black metalu.
przed sekundą dzwonił K żeby iść z nim do knajpy. do pedalskiej knajpy, dla jasności. i ten jebany dualizm otwiera oczyska i łypie kurwa na mnie. to jednym, to drugim okiem.
bo mogę iść, spotkać się z kolegami (i jedną laską, ładną, zgrabną, samotną) może nawet okazało by się że to świetny pomysł. jakiś jebany socjalny fajerwerk. socjalny w sensie social.
ale.
z drugiej strony. dym, ludzie. właściwie bardziej ludzie niż dym. muzyka to też raczej gwoźdź do trumny. do wyboru mam orthopedię - obrażone cioty, obrażeni barmani, obrażony właściciel który każdej soboty uświadamia sobie że to jednak nie jest utopia (co mnie załamuje jak by podwójnie, w prost i miedzy wierszami). orth to taki tani teatr, jak by Paryż Płonie ale bez świadomości karnawału. kwiat wrocławskiego pedalstwa poprzebierany za młodych zdolnych ze stolicy. za zachód i wielki wielki świat. ciemne okulary, torebki na ramie, buty z krokodylkiem. białe paski.
h2o ma jedną przewagę. nikt kurwa nie udaje. nic, nawet to że klient nasz pan. nie podoba się to spierdalaj. tylko ochrona pojebana jakaś.
i nawet się odrobinę nakręcam, ale wiem że i tak koniec końców się rozczaruje. życie nocne to nie moje życie. jestem spokojnym mieszczaninem, wieczorami to bym do restauracji poszedł, do kina, teatru. albo leżałbym z JN przed telewizorem, z kotami się bawił.
może powinienem iść, zdjęcia robić.
może.
Komentuj (4)

01.05.2010 :: 19:50 | Link
chciałbym coś napisać ale naprawdę nie wiem co. nie mam literek, nie mam żadnego sensu. mam za to kilka zdjęć i plany. mój facet ostatni tydzień spędził na jakimś hardcorowym kursie dla biznesmenów - profesor z Harvardu, kilku innych bossiorów i trening z taktyki i strategii. chłopaki rozkminiali problemy rosyjskich firm produkujących makaron i wpadki tajwańskich firm telekomunikacyjnych - jak ktoś lubi, no to wypas. codziennie rozmawialiśmy przez telefon, głownie wtedy "mój mąż jest dyrektorem" ganiał kaczki...
podobno jedną z istotnych cech dobrego szefa jest nadmierny optymizm.
już jebać nadmierny, ale chociaż normalny, zwyczajny poziom optymizmu się by przydał.
***
jako że jesteśmy rodziną rozwijającą się, to ja swój kurs zaliczyłem dwa tygodnie wcześniej. bez wypasu i porannych power class w parku. ot zwyczajny pustawy hotel, małe miasteczko i wyjebany w kosmos festiwal fotograficzny. kurs foto - ma się rozumieć.
i chuj.
mimo że było świetnie, poznałem kurewsko fajnych ludzi i przez tydzień udało mi się zrobić całkiem przyjemy zestaw wróciłem do domu z dołem. może nie tak totalnym, ale rosnącym z każdym dniem.
o czym nie można pisać o tym trzeba milczeć.


Komentuj (0)

04.04.2010 :: 17:31 | Link
miał być pdf, a wyszło jak zwykle. 50 sztuk/60 stron, druk cyfrowy.
wygląda naprawdę ok.
premiera na dzikiej bandzie.



Komentuj (6)

14.03.2010 :: 11:47 | Link
miało być o tarasach i Tate Modern a będzie o kupie. tak.
gównie.
i będzie krótko bo jako osoba zanurzona w TERAZ zaraz eksploduje.
moje kiszki startują z pracą jakieś 2h później niż układ nerwowy. zazwyczaj, podobnie jak stuardesy w air france, strajkują, lecz czasem, bardzo rzadko dopada mnie przekleństwo nad produkcji i tzw klęska urodzaju.
siedzę na czerwonej skórzanej sofie, gdzie w lotniskowym lounge, komputer na kolanach, pośladki zaciśnięte i jedna myśl w głowie. dwie.
srać i odprawa. co wybrać, jak się zachować, mózg nie podpowiada. spazmy wskazują drogę.
uciekam nim krecik otworzy oczka i popatrzy na słońce.
Komentuj (3)

26.02.2010 :: 16:52 | Link


klikam sobie z nudów. skacze po stronach jak po kanałach polskiej telewizji. ryje kolorowych magazynów,białe puchate pieski, lamenty w tvn - jakaś kosmiczna zgroza. jakieś chujowe informacje. nuda moja pogłębia się i zapada w siebie, jak czarna dziura. to się nazywa inercja?
nieopatrznie wchodzę na lule; intryguje mnie temat:Ta kampania podzieliła internautów: delikatna czy rozmazana? rozmazana, słowo zaklęcie wszystkich speców od fotografii, że nie ostro że szczegółu brak.
czytam.
Nan Goldin zrobiła modową sesje. zdjęcia są poruszone, rozmazane - no kurwa, jednym słowem dziwne!! nie licują, nie godzą się...
Jednak przeciwnicy kampanii twierdzili, że zdjęcie jest nudne i nie ma w sobie nic z gustowny reklam marek luksusowych.
chyba to zdanie wywarło nam mnie największe wrażenie. ta niezgoda na zrobienie czegoś co tylko z pozoru jest inne, ta mokra fantazja - jak powinna wyglądać PRAWDZIWA reklama. nie mogę pozbyć się wrażenia że na tym poziomie dyskutować mogą tylko niunie co to znają się bardzo na luksusie bo oglądają taki program na Polsacie. trochę jak pytanie na forum dla tranz - jak zachowuje się prawdziwa dama? i jedziemy wewnętrzną mitologia. z drugiej strony gustowne i luksusowe to chyba jednak niezbyt udana para.
***
ja, choć sam zapewniam że robię tylko zdjęcia brzytwy! ostre tak że chuj nie siada, to - to lubię.*

*cytując klasyka.
Komentuj (2)

19.02.2010 :: 12:17 | Link
wczoraj wyszliśmy z galerii koło 23. zadowoleni. wszystko wisi, wszystko jest na swoim miejscu. ostatnie tygodnie siedziałem nad zdjęciami, doprowadzając się do stanu totalnej niechęci. przestawałem je lubić, te zdjęcia. a lubienie jest dla mnie ważne. nie wiem czy to dokładnie to samo co "podobają mi się", w lubieniu chodzi o coś troszeczkę innego. nie wiem dokładnie co. a tu przestaje. cała duma i zadowolenie, cała ekscytacja powolutku lecz systematycznie paruje. zostaje tylko zimny wkurw na poziom koloru. oczywiście potem jest wahanie/ czy to ma sens czy nie jestem grafomańskie i nadaje się tylko na bloga. czy ta galeria to nie jest najdziwniejsza forma masturbacji, publicznie i bez spustu. w pewnym momencie zapala się kolejne czerwone światełko (mój mózg to taka wielka tablica z alarmowymi lampkami kontrolnymi, dizajn very sixtis) - do kurwy nędzy kolesie z którymi robię "szoł" to wymiatacze, gdzie ja do nich. będę wulgarną, nachalną kulką twardego gówienka która wpierdala się w podeszwę i stuka przy chodzeniu, nic tak nie irytuje jak to stukanie i niewygoda kroku.
sami widzicie że trudno nazwać to komfortową sytuacją. ale wczoraj wszystko przycichło, uspokoiło się i zamieniło w niespodziewaną satysfakcję.
niespodziewaną bo świeżą. wszystkie zdjęcia były jak bym dopiero je zrobił, zobaczył po raz pierwszy. w chuj to przyjemne.
a dziś znów wszystko się wali.
ale i tak się ciesze.
Komentuj (0)

18.02.2010 :: 09:00 | Link
bchf, koszmar dnia trzeciego.









Komentuj (3)

17.02.2010 :: 11:06 | Link
bchf - przygotowania.








Komentuj (2)


RSS

batman
point88
senshu
mediumblog


2010
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień